W służbie Bogu i ludziom - W Zgromadzeniu Św. Filipa Neri

Ks. Edwin Przeszłowski
Wikariusz w parafii
Ks. Filipinów w Tarnowie

Parafia Ks. Filipinów pw. Św. Krzyża i św. Filipa Neri w Tarnowie istnieje od 1998 r. W tej parafii wikariuszem jest nasz Rodak ks. Edwin Przeszłowski.

Jesteś ks. Edwinie kapłanem Rodakiem najczęściej odwiedzającym naszą parafię i chyba najbardziej znanym...

Całe moje życie jest związane od początku z Tarnowem. Tu się urodziłem, tu chodziłem do szkół i tu przyszło mi pracować. Od dzieciństwa mieszkałem na ulicy Ks. Chrząszcza, która pierwotnie wraz z całym osiedlem należała do Parafii Katedralnej, a z chwilą utworzenia Parafii Miłosierdzia Bożego znalazła się w jej granicach. Pamiętam dobrze starą Kaplicę oraz prace przy budowie nowego kościoła, w których zdarzało mi się również brać udział. Natomiast Katedra jest kościołem, w którym przyjmowałem po kolei wszystkie sakramenty święte: chrzest, I Komunię, bierzmowanie oraz święcenia diakonatu i kapłańskie. Najpierw chodziłem do Szkoły Podstawowej im. Mikołaja Kopernika, w której budynku obecnie mieści się gimnazjum nr 2. Następnie skończyłem II Liceum Ogólnokształcące im. hetmana Jana Tarnowskiego. W siódmej klasie do sakramentu bierzmowania przygotowywał mnie Ks. Kazimierz Kozyra - ówczesny wikariusz katedralny, a obecnie proboszcz naszej parafii. Ksiądz Proboszcz zorganizował mi również uroczystość prymicyjną, za co jestem Mu ogromnie zobowiązany.

Pracujesz w tarnowskiej Parafii Św. Krzyża i Św. Filipa Neri, prowadzonej przez Księży Filipinów. Powiedz, jak rozpoczął się Twój związek z tym Zgromadzeniem.

To bardzo dawne dzieje. Naszej parafii rzecz jasna wtedy nie było. Do "Filipinów" chodziłem właściwie "od zawsze", podobnie jak cała moja rodzina. Chodziło się też do Katedry, szczególnie na Msze św. dla dzieci szkolnych, aby później na pytanie katechety "gdzie byłeś w niedzielę na Mszy" bez zająknięcia odpowiedzieć: "o ósmej rano w Katedrze". Pamiętam, jak po Mszy św. zasuwało się do domu, żeby zdążyć na Teleranek o 9.00. Potem jakoś przestano na to zwracać uwagę, gdzie kto chodzi do kościoła. W każdym razie, gdzieś około piątej klasy podstawówki zostałem u "Filipinów" ministrantem. Powstała wtedy nowa duża grupa ministrantów, byli w niej również moi koledzy z klasy. No i tak to się zaczęło. Bardzo lubiłem służyć do Mszy św. o 6.00 rano i to mi zostało do dzisiaj, jako że najczęściej odprawiam Mszę św. właśnie o 6.00. Później, w szkole średniej byłem lektorem, a kiedy miałem już w kieszeni papier z maturą, złożyłem podanie o przyjęcie do tarnowskiego klasztoru, gdzie obecnie przebywam. Ponieważ bardziej znano mnie u "Filipinów" niż w rodzinnej parafii, nawet nie musiałem przynosić ze sobą opinii Ks. Proboszcza wymaganej, jako warunek przyjęcia do seminarium.

Opowiedz coś o kształtowaniu się Twojego powołania.

Właściwie nigdy tego nie analizowałem. Po prostu przyszedł taki moment, w którym stwierdziłem: chciałbym być księdzem. To jakaś łaska, która mnie dotknęła. Na pewno przyczyniła się do tego bliższa obserwacja życia znanych mi kapłanów, patrzenie na ich pracę niejako "od wewnątrz". W zasadzie w szkole średniej już wiedziałem co będę robił w życiu, choć daleki byłem od ideału św. Stasia Kostki. Oczywiście nie obnosiłem się ze swoimi zamiarami ze względu na ówczesną sytuację polityczną. Kiedy mnie pytano o dalsze plany po maturze, twardo odpowiadałem: Akademia Wychowania Fizycznego, co wywoływało śmiech, ponieważ przez całe liceum miałem zwolnienie lekarskie z ćwiczeń WF.

Jak wyglądała Twoja droga seminaryjna?

Całe życie kleryckie toczyło się w klasztorze Księży Filipinów. Do Seminarium po przeciwnej stronie ulicy chodziliśmy tylko na wykłady i na rekolekcje. Kiedy rozpoczynałem studia, było nas w klasztorze na pierwszym roku dziesięciu, a na wszystkich rocznikach prawie trzydziestu. Były to ostatnie lata wspólnego klerykatu filipińskiego ze wszystkich domów w Polsce i klasztor dosłownie pękał w szwach. Do dziś się zastanawiam, jak myśmy się wtedy mieścili w tak skromnych pomieszczeniach. Później inne domy stwierdziły, że ich klerycy będą studiować w najbliższym seminarium diecezjalnym i wspólny klerykat po 50-ciu latach się rozleciał. Zostaliśmy sami - klerycy przypisani do domu tarnowskiego. Tu warto wspomnieć, że regułą jest u nas stałość miejsca, to znaczy kandydat zgłasza się do konkretnego domu i pozostaje w nim do końca życia. Tak to obmyślił nasz Założyciel - św. Filip Neri. Porządek dnia był bardzo podobny do porządku w Seminarium Duchownym. Rano modlitwy i Msza św. w kościele, później wykłady, po obiedzie godzina rekreacji, następnie studium, wieczorem nabożeństwo i "lulu" o 22.00. To ostatnie sprawiało sporą trudność, bo człowiek chętnie by jeszcze wieczorami coś poczytał. Za to rano nie było problemów ze wstawaniem. W czasie wakacji każdemu z nas przysługiwał miesiąc urlopu i w tym czasie można się było częściej pokazać w swojej rodzinnej parafii.

Jak wygląda Twoja praca duszpasterska ?

Ależ mnie Marku drążysz! Po święceniach przez rok uczyłem religii w Zespole Szkół Techniczno - Zawodowych, czyli na tarnowskiej "Sorbonie". Była to praca trudna i wówczas wydawała się niewdzięczna, ale dzisiaj, z perspektywy czasu, kiedy spotykam swoich dawnych uczniów, widzę jak bardzo się zmienili i widzę, że jednak coś im z tych katechez w głowach zostało. Później przyszli młodsi współbracia i przejęli zajęcia w szkole, a mnie Kongregacja powierzyła obowiązki kustosza kościoła. Wówczas nie mieliśmy jeszcze parafii, ale zajęć też było sporo. Po utworzeniu parafii w 1998 roku (której część wydzielono również z Parafii Miłosierdzia Bożego) zostałem wikariuszem. Do moich obowiązków należy troska o budynek kościoła i zaopatrzenie go we wszystkie potrzebne rzeczy, prowadzenie Księgi intencji, ustalanie dyżurów kościelnych (Msze św., konfesjonał, kazania niedzielne), obsługa kancelarii parafialnej (dyżury kancelaryjne, prowadzenie ksiąg parafialnych), a ze spraw bardziej duszpasterskich udzielanie chrztów, błogosławienie ślubów i odprawianie pogrzebów. Poza tym zastępuję proboszcza w czasie, kiedy prowadzi rekolekcje w tych wszystkich sprawach, w których mogę go zastąpić. Oprócz obowiązków parafialnych mam również obowiązki klasztorne: zaopatrzenie kuchni oraz nadzór nad biblioteką i archiwum klasztornym.

Czy fakt, że pracujesz w swoim rodzinnym mieście, w parafii sąsiadującej z parafią rodzinną, jest dla Ciebie ułatwieniem czy raczej utrudnieniem ?

W naszym Zgromadzeniu zdarzają się takie sytuacje, że ksiądz pracuje w swojej rodzinnej parafii. Każdy jednak dokonuje wyboru domu zakonnego świadomie. Osobiście nie odczuwam z powodu bliskości rodzinnej parafii żadnych negatywnych skutków. Czasami pewna głębsza znajomość środowiska okazuje się nawet pomocna. Stałość miejsca, którą zachowujemy, odpowiada też w większości naszym wiernym, którzy stają się bardziej zżyci ze swoimi duszpasterzami. A zresztą, gdyby były jakieś problemy, zawsze jest możliwość przeniesienia się do innego domu filipińskiego.

Serdecznie dziękuję za wywiad i życzę Ci wiele Bożego błogosławieństwa w pracy duszpasterskiej, tym bardziej że w maju obecnego roku przeżywasz dziesięciolecie swoich święceń kapłańskich.

Tak, to już dziesięć lat. To skłania do pewnej refleksji (pomocne w tym były Twoje pytania), a nade wszystko do ogromnej wdzięczności Bogu. Dziękuję Ci również i polecam się modlitwie całej kochanej wspólnocie parafialnej Miłosierdzia Bożego. Zawsze chętnie tu wracam, czy to z racji jakichś uroczystości, czy też całkiem prywatnie.

Rozmawiał: Ks. Marek Łabuz